Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

SONDA: Bankructwa gazet

środa, 09 grudnia 2009 0:31
Obserwując sytuację polskich tytułów prasowych odnoszę wrażenie, że oglądam znakomity skecz kabaretowy Grupy Rafała Kmity pt: "Kto odwali kitę?" (kto nie widział niech koniecznie obejrzy). Oto, jeszcze nie tak dawno mogliśmy zaobserwować piękną katastrofę starego "Dziennika", a już mamy upadek "Trybuny". W odróżnieniu od starego "Dziennika", który generalnie zajmował się dość tanią, robioną bez wyczucia, agresywną i mającą mało wspólnego z dziennikarstwem propisowską propagandą, "Trybuna" była żywą skamieliną, nieruchawym widmem, truchłem po mediach PRL niemającym nic wspólnego z nowoczesną gazetą o lewicowej linii ideologicznej (takiej w Polsce po 1989 roku de facto nigdy nie było i wciąż nie ma). O "Trybunie" pisałem już dawno temu, nie wieszcząc jej wcale dobrego końca dlatego nie będę tutaj powtarzał argumentów przeciw potrzebie istnienia tak anachronicznego medium. Jednak w związku z sytuacją na polskim rynku prasowym (patrz TUTAJ), która powiedzmy sobie szczerze mnie akurat jakoś w ogóle nie martwi, przyszedł mi do głowy pomysł na kolejną blogową sondę. Śledząc dość regularnie wyniki sprzedaży czołowych polskich tytułów prasowych na stronie branżowego magazynu "Press" zacząłem bowiem zastanawiać się...kto następny!? I właśnie z taką sondą, zamierzam Was zostawić na około 48 godzin. Jak myślicie, który z tak uwielbianych przez "naszych" dziennikarzy tytułów padnie następny? Wybrałem dla Was kilka mniej lub bardziej prawdopodobnych opcji. Zastanówcie sie na spokojnie i zagłosujcie. Macie czas, wyniki sondy będę mógł zamieścić tutaj najwcześniej w czwartek bardzo późnym wieczorem lub  nawet dopiero w piątek.  Tymczasem bawcie się, można strzelać na chybił trafił (no, ale to już nieomalże HAZARD;)Pozdrawiam wszystkich, "Wasz" ulubiony bloger.
SONDA ZAKOŃCZONA. WYNIKI DOSTĘPNE W NASTĘPNYM WPISIE (patrzcie wyżej).

komentarze (1) | dodaj komentarz

Kilka zdań i piosenki "nieodczepialne" (12)

sobota, 05 grudnia 2009 10:57
W związku z jak to trafnie ujął bloger Romskey polityczno-medialnym brakiem laku, po raz kolejny postanowiłem wrzucić tutaj zestaw "nieodczepialnych" songów. Wybór jak zwykle trudny, wszystko jednak praktycznie zawsze oscyluje wokół różnych odmian rocka. Oczywiście podobnie jak poprzednio gramy i śpiewamy tylko po angielsku. Powód prosty, po ostatnich dwudziestu latach kultura polska kojarzy mi sie już tylko z chóralnymi doświadczeniami europosła Cymańskiego w jakiejś parafii  i Andrzejem Rosiewiczem śpiewającym o czterech Ziobrach. Granie i śpiewanie po polsku zostawiam więc pseudodziennikarszczyźnie niech ma i niech sie cieszy (jak chcecie po polsku to przecież zawsze można zrobić duet śpiewających "pokrzywdzonych niewiniątek" z posłów Wassermana i Kempy, a jeśli sie nie zgodzą to duet oburzonych "nie-hipokrytów" Michał Karnowski/Konrad Piasecki też będzie "dobry";). Można też dać jakiś ckliwy i jedyny słusznie moralnie podkład pod TVN-owski szoł spod willi w Gstaad. Myślę, że  jakiś kawałek Kaczmarskiego z Gintrowskim dobrze by tu pasował. Mogłoby to wystąpić w roli obiektywizmu stacji inaczej nie pozostanie już nic innego jak tylko zmiana nazwy stacji na TVN Sci-Fi (ale jak to też spieprzycie to już niestety będę musiał Was tu rozjechać;). Olewając medialną sieczkę, zestaw ten dedykuję pewnemu znanemu z wirtuala górnikowi z okazji jego święta oraz pewnej dziennikarce mediów mainstreamowych, której życzę jak najdłużeszgo trwania w pewnej redakcji ( zawsze proszę mówić, że PiS jest cool to szanse na utrzymanie na pewno nie zmaleją;). Wszystkim czytelnikom, życzę miłego weekendu i mam nadzieję, że piosenki przypadną Wam do gustu. Pozdrawiam, Wasz "ulubiony" bloger.

DIGGING IN THE DIRT

EVERYDAY IS A WINDING ROAD

DISARM

MY CITY OF RUINS

komentarze (4) | dodaj komentarz

Czarny sen blogera

niedziela, 29 listopada 2009 4:08

Dobrze jest czasem niczego nie kumać. Nic nie widzieć, nic nie chcieć zrozumieć. Obserwuję to zjawisko od lat 90. Z tymże nacisk trzeba położyć na słowo czasem. Zdecydowanie gorzej gdy nic nie czujemy, nic nie widzimy, nic nie rozumiemy non stop. Tak jest z pewnymi ludźmi w Polsce. Taka jest lewica, niektórzy dziennikarze, politycy, intelektualiści.


Śledząc wydarzenia polityczne ostatnich kilku miesięcy, a zwłaszcza komentarze jakie możemy przeczytać czy posłuchać właściwie wszędzie, nie potrafię odrzucić od siebie koszmarnego widma jakie mnie wtedy prześladuje niczym zombie z jakiegoś taniego horroru drugiej klasy. To widmo nazywa się (choć bardziej pasowałby czas przeszły) Unia Wolności. Partia o nawet ciekawej wizji Polski, proeuropejska, inteligencka, na pewno mimo wielu mankamentów nie najgorsza spośród wielu ugrupowań jakie pojawiły się po 1989 roku. Problem z nią polegał jednak na tym, że była samobójczo leniwa, bez ikry, bez woli walki, bezradna wobec ataków agresywnej prawicowej propagandy...zupełnie taka jak dzisiejsze niepisowskie środowiska inteligenckie. Była taka jak Donald Tusk gdy chce układać się z Lechem Kaczyńskim ws. prezydentury, taka jak TVN gdy coraz bardziej zbliża się do PiS, taka jak PO gdy lansuje ludzi niemal takich samych jak ci z PiS (w typie Jarosława Gowina), taka jak SLD gdy atakując PO de facto wspiera PiS, taka jak dziennikarze atakujący rząd czyli de facto również popierający PiS (najczęściej w imię mocno naciąganego i nacechowanego amnezją obiektywizmu). Była dokładnie taka jak ludzie z kręgów „Gazety Wyborczej”, którzy właściwie proszą już tylko agresywniejszych kolegów z innych mediów o łagodny wyrok i przyszłą możliwość uzyskania statusu „chłopca” do bicia dla mediów bardziej prawicowych (przecież jeść też coś będzie trzeba;). Była i to jest słowo klucz...wszak już jej przecież praktycznie nie ma. Owszem jest Waldemar Kuczyński i jego blog oraz są demokraci.pl, jest Studio Opinii, błękitnoskrzydły master, ponadto jeszcze kilkoro dziennikarzy, polityków, blogerów itd. Ale to wszystko i nie zanosi się na nic więcej.


Po pierwsze, trzeba by chcieć żeby coś innego było. Po drugie trzeba umieć stworzyć coś innego niż tylko towarzystwa wzajemnej adoracji złożone z samych malkontentów zawsze mających milion argumentów na to, że walka z konserwą nie ma najmniejszego sensu i lepiej się zamknąć we własnym coraz ciaśniejszym intelektualnie sosie żywiąc przy tym słodko-błogie przekonanie o własnym geniuszu i wyjątkowej roli społecznej. Wreszcie trzeba by mieć jakąś choćby odrobinę instynktu samozachowawczego. Umieć się czegoś nauczyć na własnych błędach i porażkach. Tego wszystkiego niestety nie widać. Wystarczy poprzyglądać się trochę o czym i jak twittują przedstawiciele wszelkich środowisk bliskich ideologicznym centrum i lewicy w Polsce, aby dość szybko dojść do wniosku, że...wszystko zależy od PiS. To od PiS zależy czy wygra następne wybory i co zrobi z pokonanymi (nic dobrego). Owszem Platforma mogłaby coś zrobić, ale nie sama, nie z tyloma kretami na pokładzie, nie z tyloma fałszywymi przyjaciółmi i rzekomymi sojusznikami, nie z tymi mediami, nie z tym dziennikarstwem itd. itp.


Ogarnia mnie pusty i cyniczny śmiech gdy czytam jakichś facetów, którzy przebrani za elitę i przekonani o własnej nieomylności dają się regularnie wodzić za nos pisowskim pijarowcom i wdają się z nimi w niepotrzebne debaty tylko po to, aby na końcu...zawsze wymięknąć. Można mieć jedynie nadzieję, że dają się ogrywać tylko z własnej głupoty, a nie z jakiegoś innego powodu. To właśnie dzięki nim, dziś w Polsce tak naprawdę rządzi opozycyjna partia, to PiS decyduje o czym i jak rozmawiamy w naszych debatach, powiedzmy szczerze to PiS nadal jest głównym rozgrywającym na naszej scenie politycznej zupełnie tak jak gdybyśmy w 2007 roku nie powiedzieli im naszymi kartkami wyborczymi staropolskiego „Z Bogiem”. To Jarosław Kaczyński wciąż jest najbardziej znaczącym politykiem w tym (a nie w naszym) kraju. To katoliccy konserwatyści pomimo coraz mniejszych wpływów w społeczeństwie decydują za nas o tym co nam wolno, a czego nie. Od wieszania krzyży na ścianach począwszy na rozmnażaniu skończywszy. Polskie elity i to zarówno spod znaku PO, SLD jak i Gazety Wyborczej przypominają w tym procederze orkiestrę na „Titanicu”, która ubrana we fraki kulturalnie grała do końca. Tak właśnie dawniej grali intelektualiści z Unii Wolności. Strach pomyśleć jaka katastrofa musi nastąpić, aby ci ludzie ocknęli się. Czy to prawdziwy czarny sen blogera, moment w którym jakiś Orliński nie będzie mógł zrzynać od Wildsteina, ale Wildstein będzie mógł od Orlińskiego? Ależ skąd, to będzie moment kiedy nie będzie już „GW”, demokratów.pl, SLD, a może i PO (a Palikota to już na pewno), to będzie moment kiedy spod domów tych ludzi będziemy oglądać transmisje z ich aresztowań, a oni sami nie będą już mieli nam wiele do powiedzenia. Ludzie! Obudźcie mnie (się!). Oby to był tylko czarny, senny koszmar jednego nawiedzonego blogera.

komentarze (7) | dodaj komentarz

WYNIKI SONDY KONSTYTUCYJNEJ+mały komentarz

wtorek, 24 listopada 2009 7:40

Z pewnym zaskoczeniem przyjąłem wyniki sondy, którą tutaj zaproponowałem w niedzielny wieczór.Po pierwsze (co mnie akurat cieszy, a nie smuci;) zdecydowanie opowiedzieliście się za jedną opcją.Wyniki bowiem przedstawiają się następująco.


Na pytanie: Czy zmiany w Konstytucji zaproponowane przez premiera Donalda Tuska to?;

-ciekawe i godne dalszej dyskusji propozycje- oddano 30 głosów (71%)

-medialna ściema, która ma pomóc w walce o prezydenturę z Lechem Kaczyńskim i PiS- 8 głosów(20%)

-to nie ma znaczenia, nie obchodzi mnie to- 3 głosy (7%)

Łącznie oddaliście 41 głosów (wszystkie ważne;)


Sam wynik jak już napisałem powyżej raczej mnie cieszy niż smuci. Przyznam się, że podobnie jak większość oddałem głos na opcję 1. I wszystko byłoby o.k..., gdyby nie wyniki sondażu przedstawianego przez TVN w sprawie wyboru prezydenta. Być może różnica wynika z samego pytania. Pytania zadawane w sondach przez polskie sondażownie, które najczęściej badają nastroje opinii publicznej szukając odpowiedzi na postawione przez dziennikarzy pytania często pozostawiają wiele do życzenia. Bywają zbyt powierzchowne, ogólnikowe, często gonią za tanią sensacją jak media innym razem nadmiernie sugerują ankietowanym co mają odpowiedzieć. Wreszcie często są tak poprawne politycznie, że odpowiedzi nie można traktować jako rzeczywistych nastrojów społeczeństwa w danej sprawie. Mam wrażenie, że również teraz media robią wszystko, aby udowodnić z góry założoną tezę iż Konstytucji nie warto zmieniać. Z jednej strony trudno się dziwić, wszak powszechne wybory prezydenckie to mnóstwo medialnej sieczki, z której żyją „nasze” TVN-y itp. Co oni by mielili gdybyśmy w przyszłym roku nie mieli wyborów prezydenckich? Warto przy tym jednak zwrócić uwagę na odmienne zdanie konstytucjonalistów, którzy wobec zmian zaproponowanych przez Donalda Tuska są przychylniejsi niż media mainstreamowe. Tak więc po raz kolejny rodzi się pytanie...czy w Polsce po 20 latach od obalenia komunizmu dorobiliśmy się rzeczywiście wolnych mediów? Czy dziennikarstwo polskie staje na wysokości stawianego mu przez demokrację zadania? Czy może bardziej szkodzi demokracji niż jej pomaga? Można odnieść wrażenie, że nie i że głównym obszarem jego działania jest promocja skrajnie liberalnych gospodarczo rozwiązań, które wraz z sięgającym Himalajów hipokryzji konserwatyzmem obyczajowym kultywują obecne status quo i to zarówno na niwie polityki jak i kwestii społecznych. To między innymi przez aktualną sytuację na tych polach zmiany w Konstytucji wydają się koniecznością. Uważam, że wcześniej czy później do nich dojdzie gdyż wymusi je właśnie sytuacja. Można jedynie żywić nadzieję, że będą to zmiany w dobrym kierunku oraz że będą to zmiany istotne. Tu przyznam się szczerze, iż najchętniej widziałbym w Polsce całkiem nową, dostosowaną do współczesności, likwidującą wiele nieżyciowych zapisów, ustawę zasadniczą. Czy i kiedy do tego dojdzie? Zobaczymy. Moim zdaniem, im szybciej tym lepiej. Dziękuję wszystkim za udział w sondzie. Wasz „ulubiony” bloger.

komentarze (4) | dodaj komentarz

SONDA KONSTYTUCYJNA

niedziela, 22 listopada 2009 21:02
Niczym Filip z konopii wyskoczył ze swoimi propozycjami zmian w Konstytucji, premier Donald Tusk. Przyznam się, że mnie to cieszy. Nie dlatego, żebym widział jakieś wielkie szanse, aby udało się te zmiany przeprowadzić. A ucieczka do przodu Platformy przed PiS i przychylnym temu ugrupowaniu dziennikarstwem też nie jest tego powodem. Cieszy mnie fakt, że wreszcie po 12 latach od przyjęcia obecnej ustawy zasadniczej zaczniemy rozmawiać o jakości funkcjonowania naszego systemu politycznego. Ta jaka jest wiemy wszyscy, bez względu na nasze sympatie i antypatie polityczne. Wzajemne funkcjonowanie większości sejmowej i nieprzychylnego jej prezydenta nazywane kohabitacją testowano w wielu państwach także w Polsce. Problem polega na tym, że taka kohabitacja wymaga choć odrobiny dobrej woli z obu stron, a w szczególności ze strony prezydenta. Nic więc dziwnego, ze w czasach gdy władzę w kraju sprawowała koalicja AWS-UW, a Prezydentem był Aleksander Kwaśniewski pomimo wielu sprzecznych interesów politycznych do trzęsienia ziemi w tej materii dojść nie mogło. Mogliśmy się wręcz łudzić, że takie usytuowanie konstytucyjne wzajemnych relacji między prezydentem, a większością sejmową i jej emanacją jaką jest Rada Ministrów są dobre i umożliwiają obu tym organom patrzenie sobie na ręce.


Nikt wówczas nie zakładał, że w Pałacu Namiestnikowskim może zasiąść prawdziwy destruktor, namiestnik opozycyjnej partii, której jedynym celem istnienia jest zniszczyć wszystko co po drodze, aby tylko dojść do władzy. A w takim przypadku myślenie nad zmianami konstytucyjnymi uniemożliwiającymi destrukcję systemu politycznego wydaje się być uzasadnione. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Tusk chce osłabić prerogatywy prezydenckie, bo ma w tym swój cel, chciałby uniknąć walki w kampanii wyborczej z jeszcze bardziej konserwatywnym konkurentem, a zwłaszcza z chodzącym na pisowskiej smyczy dziennikarstwem. Likwidując powszechne wybory prezydenckie i sprowadzając funkcję głowy państwa do roli czegoś w rodzaju przecinaka do wstęg, można by pozostać na stanowisku premiera do końca kadencji i mieć większą swobodę w realizowaniu własnego planu na rządzenie krajem. Z tego punktu widzenia propozycja Tuska wydaje się ze wszech miar godna rozważenia. Jest ona z pewnością korzystna dla PO (i dlatego nie przejdzie;), ale moim zdaniem zmiany proponowane przez Donalda Tuska są również korzystne dla Polski i jej obywateli. Rzucona pod publiczkę propozycja zmniejszenia liczby parlamentarzystów z pewnością zostanie dobrze przyjęta przez obywateli, więc tutaj PR-owcy PO nareszcie odrobili lekcję. Również propozycja zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu na mieszaną jest znakomitym zagraniem medialnym, wszak zawsze można powiedzieć: przecież obiecywaliśmy zmianę ordynacji, co prawda większościowej nie da się wprowadzić, ale mieszana i tak jest tej obietnicy bliższa niż stan obecny. Szkoda, że w całym tym PR-owskim szoł zapomniano o kilku zapisach, które rzeczywiście mogłyby nieco uzdrowić skostniały i niewydolny system polityczny w Polsce. Sprawa Senatu, o której pisałem jakiś czas temu jest tu tylko pierwszym z brzegu przykładem. Można by także pokusić się o pewne poprawki dotyczące władzy sądowniczej. Wprowadzić nieco sztywniejszą kontrolę działalności służb specjalnych, zlikwidować konstytucyjność bubla prawnego jakim okazała się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji i wiele innych zapisów. Z pewnością dyskusja konstytucyjna, bez względu na to z jakich powodów została wrzucona nam na medialny ruszt, nikomu nie zaszkodzi, a już zwłaszcza Polsce i jej obywatelom. Takie przynajmniej jest moje zdanie w tej sprawie. Nawet bowiem jeśli nie uda się zmienić Konstytucji w obecnym układzie politycznym. To warto mieć na uwadze, że układy polityczne nie są wieczne, a pomysły i obserwacje dotyczące wad polskiego systemu politycznego pozostaną do dyspozycji na przyszłość. W związku z tym przygotowałem dziś dla Was kolejną blogową sondę, tym razem dotyczącą właśnie ewentualnych zmian w Konstytucji.

GŁOSOWANIE ZAKOŃCZONE. WYNIKI PATRZ WYŻEJ!

komentarze (7) | dodaj komentarz

Szanuj Tuska swego...;)

sobota, 21 listopada 2009 9:19
Ze względu na sprawy poza wirtualne najprawdopodobniej w najbliższym czasie, będę zamieszczał wpisy nieco rzadziej. Nie znaczy to jednak, że nie będzie ich w ogóle lub że przestałem śledzić wydarzenia polityczne w państewku, w którym przyszło nam żyć. Cóż tu jednak komentować. Druga rocznica objęcia rządów przez obecną koalicję nastraja, aby skomentować to wydarzenie zaledwie jednym zdaniem, które brzmi: Szanuj Tuska swego możesz mieć gorszego (kto gorszy sami się domyślcie;) Medialny sojusz koncernów medialnych i farmaceutycznych nastraja z kolei do komentarzy niecenzuralnych, a tego w sieci nie lubię robić. Dlatego ponownie, moi drodzy, sami musicie się połapać cóż to mógłbym mieć do powiedzenia w tej sprawie. Do tego dochodzi jeszcze przekomiczny wywiad dziennikarzy „Dziennika- Gazety Prawnej” z gen. Czesławem Kiszczakiem. Naprawdę można zadać inteligentniejsze pytania niż „czy ludzie Pana rozpoznają i o co pytają”, choć generałowi trzeba przyznać, że umie się bawić polskim pseudodziennikarstwem i wychodzi mu to dobrze(Czesiek graty, nie ma to jak zrobić kretynów z polskich dziennikarzy, choć jak się okazuje nie trzeba się specjalnie starać;). Wywiad świadczy więc głównie o poziomie intelektualnym dziennikarzy, a nie o samym generale dlatego nie ma czego komentować.

Z wszystkich tych powodów pomyślałem, że zamieszczę tutaj kolejny zestaw moich piosenek „nieodczepialnych”. Zestawik tradycyjnie (jak mawia jedna moja znajoma) pomiksowany. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Pozdrawiam i do następnego.

 


PIECE OF MY HEART
 
                                                                            
  GIVEN TO FLY

 

THE UNIVERSAL

 


ALL OF MY LOVE
 

 


komentarze (2) | dodaj komentarz

"Niepatriotyczna" polemika z Bronisławem Wildsteinem

czwartek, 12 listopada 2009 7:14

Na ocean nonsensownych abstrakcji wypłynął po raz kolejny publicysta „Rzeczpospolitej” Bronisław Wildstein. Tym razem przy okazji święta niepodległości tematem wildsteinowskich kabalistycznych zaklęć jest...naród. Tradycyjnie Wildstein zaczyna swoje dywagowanie od górnolotnego frazesu: Żyjemy w epoce, która walczy z wszelkimi wykluczeniami, a naród z natury rzeczy polega na wykluczeniu. Przynależność narodową (co nie musi znaczyć - etniczną) określa się poprzez przeciwstawienie rodaków cudzoziemcom”. Cóż, jeślibyśmy rzeczywiście żyli w epoce, która walczy z wykluczeniami to i skład personalny redakcji „Rzepy” wyglądał by wówczas inaczej. Ale odłóżmy wykluczenia, bo to temat na wielką pracę socjologiczną, a nie wpis na blogu. Zastanówmy się nad drugim członem zdania wildsteinowskich dywagacji. Bez względu na to, którą definicję narodu uznamy za właściwą, żadna z nich nie opiera się na wykluczeniu i przeciwstawieniu (komu mieliby się przeciwstawiać np. Australijczycy?) Robiąc szybki przegląd wszystkich definicji uderza w nich co innego. To fakt, że bez względu kto i kiedy daną definicję układał praktycznie zawsze zostawiał jakąś furtkę, przez którą dany naród mógłby powiększyć swój (mówiąc nieładnie stan liczebny). Tak więc, ostatnia rzecz jaka przychodzi tu do głowy to...wykluczenie i przeciwstawienie. Wyraźnie widać, że fetyszyzm z jakim traktują pojęcie narodu, niektóre środowiska prowadzić może na niebezpieczne manowce intelektualne, czego tekst Wildsteina jest najlepszym przykładem.


Dalej Wildstein leci już konserwatywnym typowym dla polskiej inteligencji wyrosłej z doświadczeń tajnych rekolekcji słowotokiem: „ Nie sposób wyobrazić sobie demokracji oderwanej od narodu. Współczesny demos to naród właśnie. A demokracja to również współczesny fetysz. Demokracja nie udaje się w zbiorowościach, które nie mają poczucia tożsamości.” Monopolu na udaną demokrację nie ma żadna wspólnota, narodowa czy nie, nie ma znaczenia. Może jest jednak tak, że owszem nie sposób sobie wyobrazić demokracji oderwanej, ale...od społeczeństwa i poczucia przynależności do niego. Może, więc współczesny demos to jednak społeczeństwo !? Można sobie natomiast wyobrazić naród o silnym poczuciu tożsamości, który akurat od demokracji odrywa się sam. Najlepszym przykładem (i to nie afrykańskim) mogą być choćby Serbowie, których tradycja i poczucie wspólnoty doprowadziło tam gdzie doprowadziło, a niektórych przedstawicieli sposobu myślenia tej wspólnoty narodowej możemy poobserwować sobie podczas procesów przed Trybunałem w Hadze. Kto wie czy gdyby nie istniał „fetysz” zwany demokracją inne narody nie poszły by drogą serbską. Fetyszyzm, więc czasem też się na coś może przydać.


Następnie dywagacje publicysty „Rzepy” wchodzą już na poziom abstrakcji XIX wiecznych romantyków i można odnieść wrażenie, że z tekstu Wildsteina za chwilę wyskoczy Konrad Wallenrod i pod podkład zespołu Rammstein będzie przekonywał, że jest Litwinem. Kto wie czy tych bzdur do głowy nie nawciskał mu TW „Wajdelota” ? Według Wildsteina naród jest największą możliwą wspólnota, z kŧórą ludzie są w stanie się identyfikować. A inne większe wspólnoty są na to za bardzo abstrakcyjne. Widać tu typowy dla pewnej grupy publicystów zawoalowany eurosceptycyzm (skąd ten strach przed grą w otwarte karty?;) Można Wildsteina skontrować złośliwie, wystarczy przyjrzeć się wzajemnemu stosunkowi wobec siebie przedstawicieli odrębnych narodów skandynawskich, aby już poddać tezę Wildsteina w wątpliwość (łagodnie mówiąc). Choć bowiem Skandynawowie mają poczucie narodowej odrębności to mają też silne poczucie ponadnarodowej wspólnoty. Biada tej reprezentacji piłkarskiej, której los w wielkim turnieju będzie zależał np. od wyniku meczu Szwecja- Dania. Czy mozolna budowa tego typu wspólnoty złożonej z większej liczby narodów jest niemożliwa? Moim zdaniem jest możliwa, a kształtowanie się (i to w stosunkowo niedługim procesie historycznym) narodów takich jak Amerykanie czy Australijczycy może tę tezę potwierdzać.


Wczytując się z kolei w następny akapit felietonu Wildsteina, mówiącego o odpowiedzialność i „spadku”, a także zakończeniu mówiącym o godności tożsamości narodowej na jaką rzekomo jesteśmy skazani(sic!) można już tylko westchnąć i powiedzieć...aha, znów pisowska propaganda. Te bowiem rzekomo luźne rozmyślania B.W są jakby wyjęte ze świątecznego przemówienia lokatora Pałacu Namiestnikowskiego i niby tak niechcący mają przywodzić na myśl potrzebę wykucia „nowego” patriotyzmu (co oczywiście tradycyjnie ma nastąpić w okresie kampanii wyborczej;). Można, więc na podstawie tekstu Wildsteina pokusić się o pewne wnioski polityczne. Otóż, w okresie kampanii zapewne do znudzenia będziemy epatowani słowem patriotyzm odmienianym na wszystkie możliwe sposoby przez wiadomych publicystów oraz polityków PiS, którzy pod bacznym okiem narratorów od PR, będą się przyglądać czy ten „ciemny naród” te głodne kawałki kupuje czy też nie. Plan wydaje się prosty. Zniechęcenie wyborców PO do udziału w wyborach poprzez cyngle z komisji śledczych i prasy plus mobilizacja łasego na narodowe baśnie elektoratu konserwatywnego na rzecz Lecha Kaczyńskiego. Nie dajmy się oszukać, moi drodzy. Nie bądźmy drugimi Serbami. Jak ktoś to już celnie ujął: Szkoda Polski (Europy też)!

komentarze (6) | dodaj komentarz

The Independence Day

poniedziałek, 09 listopada 2009 16:26

O wynikach badań ws. podejścia obywateli Polski do święta niepodległości pisze tygodnik „Newsweek Polska” (nie mylić z tygodnikiem „Newsweek- na szczęście nie-Polska”;) Za tygodnikiem biadoli również przez cały dzień (9.11) rzekomo nieprawicowa telewizja „Superstacja”. O co chodzi?


Według sondażu przeprowadzonego na zlecenie konserwatystów z „Newsweek Polska” (wyd. Axel Springer) przez firmę Gemius, Polacy w większości nie są w ogóle zainteresowani obchodami święta 11 listopada. Same badania choć ciekawe, moim zdaniem dowodzą zupełnie czegoś innego niż chce to swoim czytelnikom zasugerować „Newsweek Polska”. Cytując opinię Jarosława Kowalskiego z firmy Gemius, „N-P” sugeruje: Według (…) nie musi to być spowodowane brakiem patriotyzmu. Zwraca on natomiast uwagę na to, że obecnie nie ma pomysłów, jak w atrakcyjny sposób opowiadać o wydarzeniach w 1918 r. – Popularyzacja powstania warszawskiego pokazuje, że możliwe jest pokazywanie przeszłości Polski w ciekawy i niebanalny sposób – zauważa. Jego zdaniem listopadowa rocznica ciągle czeka na swoją szansę”. Odgrzewane konserwatywne kotlety serwowane jakże często przez polskie dziennikarstwo (życzę w związku z tym dalszego „wzrostu” nakładów większości tytułów prasowych, powodzenia chłopaki!) zdają się w tym przypadku cuchnąć jak kolejna konserwatywna, propisowska propagandowa ściema. Oto, więc okazuje się, że popularyzacja bezsensownej rzezi warszawskiej młodej inteligencji robiona na doraźne zamówienie polityczne Prawa i Sprawiedliwości i Lecha Kaczyńskiego, ma się stać wzorem godnym naśladowania (sic!). Tak, więc już wkrótce zapewne będziemy epatowani produkcjami filmowymi, książkami, komiksami i grami komputerowymi, w których będziemy mogli np. przejechać się z Magdeburga do Polski razem z dziadkiem Piłsudskim (tudzież z aktorem, który go będzie grał) itd., itp. W samym „Newsweeku” („Polska” oczywiście;) będziemy z pewnością mogli poczytać niezwykle autentyczne i szczerze wynurzenia pokoleń J.P II i 89, w których dzidzie polskiego dziennikarstwa będą nas przekonywać jakżeż to wydarzenia z listopada 1918 je ukształtowały i pozytywnie na nie wpłynęły, choć dość łatwo dostrzec, że zasypka byłaby tu lepszym pomysłem.


W odróżnieniu od niezwykle zacnego środowiska dziennikarskiego, uważam że przyczyn braku popularności święta niepodległości wśród obywateli polski należy szukać zupełnie gdzie indziej niż w braku politycznej propagandy (tak już się jakoś dziwnie stało, że po 1989 roku w Polsce popularyzacja wiedzy historycznej musi zawsze wiązać się z promocją poglądów jakiejś partii). To właśnie główny powód odwrotu Polaków od jawnego uczestnictwa w świętach państwowych i aktywnego demonstrowania patriotyzmu. Często przywoływany przez propagatorów postaw patriotycznych przykład amerykański jest tu (praktycznie jak zwykle) kompletnie nie na miejscu. Wszak amerykański 4 lipca nie należy ani do republikanów, ani do demokratów jest dobrem wspólnym i nie narzuconym odgórnie. W Polsce takich świąt nie ma i nie wiadomo czy kiedyś będą. Oto, dość neutralny ale odległy od życia współczesnej Polski 11 listopada może stać się kolejnym dniem pisowsko-konserwatywnego świętowania podczas którego reszta Polski z zamkniętymi ustami będzie cieszyć się jedynie z dnia wolnego od pracy. Po zdezawuowaniu 1 maja jako święta ludzi starego systemu. Wprowadzeniu do kalendarza rocznicy uchwalenia konstytucji 3 maja, wkrótce po uchwaleniu której Polska utraciła niepodległość na 123 lata (średni powód do świętowania),czas najwidoczniej na 11 listopada. Zadanie trudne, wszak trzeba coś zrobić z tym Piłsudskim. Narodowcem nie był, za Kościołem nie przepadał i miał różne powiązania z lewicą i to nie tylko tą socjaldemokratyczną. Trzeba będzie coś pościemniać, być może pracują już nad tym odpowiedni spece od narracji. Na tej samej stronie tygodnika „Newsweek-Polska” można bowiem odnaleźć „niespodziankę” od lokatora Pałacu Namiestnikowskiego jaką ma być...płyta z patriotycznymi pieśniami (sic!). Wpisuje się to w tzw. politykę historyczną, ideę fix polskich konserwatystów przy pomocy której usiłowano (i nadal się usiłuje) przekonać obywateli do konserwatywnej wizji Polski made by PiS. Oto, nie dalej jak kilka dni temu na ekranach naszych telewizorów mogliśmy obejrzeć Lecha Kaczyńskiego mówiącego w Nowym Targu...o Bogu, rodzinie, tradycji i narodzie czyli sztandarowy zestaw zaklęć jakimi czarują nas od 1989 roku katoliccy konserwatyści spod przeróżnych sztandarów partyjnych. Zaklinając w ten sposób święto 11 listopada, zamykają się przy tym na własne (śmiało można powiedzieć prehistoryczne) odczuwanie patriotyzmu i odbierają reszcie Polaków szanse na poczucie, iż w wolnej Polsce oni również mają swój dzień niepodległości. Trudno więc dziwić się komukolwiek, że na takie dictum ze strony dominujących w polskiej polityce konserwatystów oraz sprzymierzonych z nimi mediów, reagują obojętnością i marazmem. Kto poza zawsze posłusznymi partyjnymi młodzieżówkami chciałby bowiem uczestniczyć w święcie mającym li tylko wymiar propagandowy takiego czy innego stronnictwa? Przyznam się, że ja na pewno nie i choćby np. ciekawiły mnie uroczystości przy warszawskim grobie nieznanego żołnierza to nie udam się tam. Wolę ten dzień spędzić w inny kompletnie niepatriotyczny sposób, słuchając muzyki lub po raz nie wiadomo który obejrzeć Willa Smitha walczącego z inwazją kosmitów w nieśmiertelnym „The Independence Day”.


komentarze (5) | dodaj komentarz

Blogosfero! Weź się w garść!

poniedziałek, 02 listopada 2009 8:34

Gdy kiedyś pisałem o pomyśle założenia Stowarzyszenia Blogerów Politycznych to przyznam się nie liczyłem na wielki odzew z Waszej strony (tak drodzy blogerzy, ten tekst jest o Was i dla Was). Nie liczyłem, bo choć byłem blogerem raczej mniejszym niż większym, i nie liczyłem się w tym światku kompletnie, to uważałem że Wy wielcy i "starzy" za Chiny nie dogadacie się ze sobą.


Dziś jestem blogerem trochę większym, ale nadal uważam że nie dogadamy się ze sobą (niestety). Szkoda, bo potrzeba współpracy pomiędzy blogerami przynajmniej w kilku podstawowych aspektach naszej działalności jest moim zdaniem nagląca. Pisałem kiedyś, że bloger jest śmieciem w zderzeniu z mainstreamem. Wówczas nie zdawałem sobie kompletnie sprawy, że aż tak dobrze trafiłem z opisem. Oto, moi drodzy blogerscy przyjaciele, wrogowie, sympatycy, przeciwnicy, pisiory, lemingi itd., itp., moje wnioski dotyczące naszej działalności.


Piszemy najczęściej bo chcemy, czasem lubimy, bo brakuje nam czegoś, bo coś nas wkurza i z miliona innych powodów. Piszemy różnie, czasem świetnie innym razem słabiej, czasem bardzo mądrze niekiedy elitarnie innym razem prostolinijnie i głupkowato. Są wśród nas prawdziwe gwiazdy, wszyscy przecież znamy Azraela, R. Rudecką-Kalinowską, G. Ziętkiewicza, Katarynę, Galopującego Majora, Matkę Kurkę i...można by jeszcze wymieniać i wymieniać. Jedni błyszczą erudycją i elokwencją, inni oryginalnością i przenikliwością wreszcie kolejni mają świetne pióra i są po prostu fajni. Czasem żałuję, że nie jestem w stanie wszystkiego co napisaliście przeczytać, gdy bowiem zacznę wiem że trudno będzie się od kompa oderwać. Mimo to wszyscy jesteśmy śmiećmi (wiem, że ostro ale czas spojrzeć prawdzie w oczy). Jesteśmy zabawkami w rękach polityków i dziennikarzy. Nie mamy żadnych praw. Oni mogą nam i z nami zrobić co tylko im się podoba. Gdy „nasze” media podzielą się rolami, my mamy im jedynie sekundować. Oczekują od nas byśmy byli jedynie ich wirtualnymi followersami. Jedni „pisiorami”, drudzy „lemingami”. W żadnym wypadku realnymi uczestnikami debaty. Jedni z nas mają się mizdrzyć do „Rzepy” i PiS-u, drudzy do „GW” i anty-Pisu. Biada temu kto się z tego wyłamie. Przyjmujemy więc swoje role jak pieski gdy aportują patyk rzucony przez swego pana. Gdy fikniemy założą nam kolczatkę i tyle.


Dziennikarze, którzy w Polsce pełnią funkcję propagandowego przedłużenia polityków rozgrywają nas jak chcą, my się dajemy (uwaga pierwszy bluzg w historii tego bloga poleci, to dlatego że na blogu Orlińskiego z „GW” niedawno byłem, a takie chamstwo jest widocznie kurwa zaraźliwe) robić w chuja i tyle (to nawet dwa bluzgi Wojtuś specjalnie dla Ciebie były). Zresztą, czy aby sami nie robimy się w …? Robimy i to jeszcze jak. Robimy, gdy mizdrzymy się do dziennikarzy wtedy gdy nas czytają i się do nas odzywają na tej czy innej platformie blogerskiej. Liżemy im wtedy tyłki. Nawet całe strony tylko do takiego lizania służące funkcjonują. Ich redaktorzy naczelni twierdzą, że to są platformy blogerskie, panuje tam swoboda wypowiedzi, wielość poglądów itd., czyżby? Dopóki bloger XYZ daje się podpuszczać dziennikarzom to może i tak, ale tylko do tego momentu i ani chwili dłużej. Dopóki blogerzy zapierniczają po lasach w dzień wszystkich świętych na apel jakiegoś dziennikarza, tworzą wirtualne komisje śledcze, biorą udział w jakichś kretyńskich i sztucznych ringach, dopóty są wporzo, bo robią to czego mainstream od nich oczekuje. Gorzej gdy tego nie robią. Gdy dziennikarz coś fajnego napisze lub wymyśli to chodzi w chwale geniusza, gdy to samo zrobi bloger to już nie jest jego to jest już tego dziennikarza, który pierwszy to zerżnie.


Moi drodzy, choć wielu z nas ma swoją pozycję w blogosferze. Stałych czytelników, ba, nawet „swoich” dziennikarzy od wirtualnych czy realnych rozmów to sytuacja polskiej blogosfery politycznej jest kiepściutka (nie oszukujmy się, że jest inaczej). Dziennikarze to jednak ostatnia grupa ludzi w kraju, której powinno zależeć na rozwoju blogosfery politycznej (to nawet logiczne i zrozumiałe), politycy również. To my blogerzy sami powinniśmy zadbać o swoje interesy.


Gdy pisałem kilka miesięcy temu o potrzebie powołania do życia organizacji broniącej interesów blogerów politycznych, nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego jak bardzo taka inicjatywa jest potrzebna. Nie miałem złudzeń, że to wypali, ale otrzymałem kilka uwag, pomysłów itd., głównie od wirtualnych przyjaciół z „Naszego” i „Redakcji”. Czołówka polskich blogerów, solidarnie pomysł olała. To też nawet rozumiem i nie czepiam się. Wydaje mi się jednak, że bez względu na to gdzie i u kogo blogujemy, co nawzajem o sobie myślimy, w jakich sprawach się zgadzamy, a w jakich za Chiny nie. Nie zmienia to faktu, że wspólne interesy jako autorzy tekstów publikowanych w sieci jak najbardziej mamy. No chyba, że pasuje nam rola marionetek w rękach dziennikarzy, a jedyna różnica między nami polega na tym, którzy dziennikarze ciągną za nasze sznurki. Drodzy blogerzy czy naprawdę o to chodzi w naszym pisaniu? Czy polska blogosfera polityczna naprawdę jest aż tak marna, że nie można w niej znaleźć minimum 15 ludzi, którzy nie pożrą się przy pisaniu statutu stowarzyszenia? Czy dla nas liczą się tylko te statystyki i liczniki (to momentami już w fetyszyzm przechodzi!) ???Niekiedy nawet tego: kto, ile i czego ma na liczniku używa się jako argumentu dowodzącego racji w dyskusji politycznej (sic!). Przestańmy być marionetkami. Zacznijmy na serio myśleć o jakiejś formie zrzeszenia się (choćby i niedoskonałej) inaczej wszystkie nasze wpisy o polskiej polityce będą już zawsze pisaniem na Berdyczów. Zawsze też będziemy musieli wysłuchiwać jako zarzutu,  jednego z większych kłamstw medialnych ostatnich lat dotyczącego naszej rzekomej anonimowości, a nasze opinie, spostrzeżenia i poglądy nigdy nie będą miały żadnego znaczenia. Czy nie stać nas na to , aby coś z tym zrobić? Blogosfero, do jasnej cholery, weź się w garść!

komentarze (7) | dodaj komentarz

Droga Suchodolsko!

sobota, 31 października 2009 9:53

Na kanwie zagrożenia ze strony epidemii grypy jaka zapanowała na Ukrainie, dziennikarka „Polski The-Times”, Mira Suchodolska dywaguje na temat jak to określa „naszego” państwa. Przyznam się, że ten zwrot wyjątkowo mnie irytuje ilekroć pojawia się gdziekolwiek w mediach i niejednokrotnie, zwyczajnie działa na mnie jak płachta na byka. Nie inaczej jest i tym razem.

Pomimo, iż w swoim tekście Suchodolska słusznie podnosi kilka istotnych polskich problemów jak choćby służba zdrowia, szkolnictwo wyższe itd., itp., to sama konkluzja moim zdaniem źle świadczy o autorce i samym dzienniku. Dowodem tego może być ostatni podsumowujący tekst Suchodolskiej akapit: „Nasz kraj, a więc my, Polacy, ma większe problemy niż taka czy inna ustawa hazardowa. Potrzebujemy prawdziwej reformy naszego państwa: lepszego szkolnictwa wyższego, bardziej innowacyjnej gospodarki, tego, by na serio zająć się infrastrukturą i problemami związanymi z demografią. W przeciwnym razie nawet zwykła grypa sezonowa, niekoniecznie świńska czy ptasia, będzie urastała do rozmiarów biblijnej plagi.” Po pierwsze, jak już zapewne zauważyliście , gdy widzę zwrot: „nasz” kraj, w kieszeni otwiera mi się złośliwy felietonowy nóż. Czyj kraj, droga Suchodolsko? Wielkiej obrończyni tego trywialnego bon-motu, Barbary Fedyszak-Radziejowskiej (ostatnio bodajże kolegium IPN)? Czy może niezwykle elitarnego ekscelencji Grzegorza Miecugowa, ordynata na Tefałenie? Bo na pewno nie większości potencjalnych czytelników prasy i zdegustowanych wyborców, na pewno też nie rzesz imigrantów rozlewających cidery gdzieś w pubach na brytyjskiej prowincji, ani nie armii studentów myślących tylko o możliwości wyjazdu gdziekolwiek i urokach rozlewania tychże ciderów rozbestwionym angielskim robotnikom. Czy nie lepiej więc mówić za siebie, droga Suchodolsko, i po prostu napisać „mój kraj”? Nie wiem skąd u polskiego dziennikarstwa ta tendencja do podniosłego tonu debilnych szkolnych pogadanek na lekcji wychowawczej w gimnazjum w Psiej Wólce, ale to nieznośna wręcz maniera, którą należy zwalczać jak epidemię, bo w końcu zniszczy Wasz zawód, drodzy żurnaliści . Nie wiem też ile płacą dziennikarzom „Polski- The Times” (ale pewnie niemało, bo taki „gwiazdor” jak Michał Karnowski nie ściemniałby tam za byle jałmużnę). Charakterystyczne dla polskich prawicowych dziennikarzy (czyli praktycznie wszystkich) jest połączenie szkolnictwa wyższego z innowacyjnością gospodarki. To już jest sprawa poważna, Polska bowiem dzięki wciąż licznym zasobom ludzkim, w dodatku niepozbawiona ludzi zdolnych mogłaby stać się nowoczesną gospodarką przypominającą nieco choćby Finlandię. W tym jednak miejscu, droga Suchodolsko, należałoby przypomnieć, że to skrajny liberalizm gospodarczy (na pewno nie taki jak w Finlandii) doprowadził do obecnego stanu zarówno szkolnictwo wyższe jak i przemysł (w tym również sektor wysokich technologii). Odwrócenie tej tendencji wymaga, po pierwsze dużo czasu, po drugie całkowitej zmiany myślenia o państwie. Zmianę zarówno w warstwie ideologicznej (sądząc po tym co i jak piszesz, droga Suchodolsko, do tego jest naprawdę daleko;) jak i praktycznego choćby poprzez zmianę myślenia o obywatelach. Tego drugiego w tekście Suchodolskiej kompletnie nie widać. Widać za to popularną w pewnych środowiskach (nie lewicowych) tendencję do postawienia na edukację techniczną. Problem polega na tym, że te same środowiska wcześniej tę edukację kompletnie zniszczyły, gwoździem do trumny była tu likwidacja tzw. zawodówek w czasach nietykalnego przez polskie pseudodziennikarstwo ministra edukacji rządu AWS-UW, Mirosława Handke (moim zdaniem jedyny polski polityk po 1989 roku, który de facto zasłużył na proces przed Trybunałem Stanu). Dlatego właśnie, droga Suchodolsko, na Twoim miejscu albo bym się nie wygłupiał i nie powielał zużytych i skompromitowanych fraz albo przemyślałbym sprawę i w ogóle tego nie napisał. Problemami z demografią, droga Suchodolsko, też już się niektórzy zajmowali. Widać tu z kolei, chęć postawienia na tzw. dzietność (to takie pojęcie „handkowsko-cymańskie”;) co może z kolei wynikać z lęku przed tym, iż skrajnie liberalna gospodarczo reforma systemu emerytalnego dokonana przez wspominany już powyżej (to ci dopiero niespodzianka;) ukochany rząd polskiego pseudodziennikarstwa (prawie tak świetny jak „PO-PiSowa” koalicja) po prostu nie ma szans pozwolić polskiemu pseudodziennikarstwu (i innym samozwańczym elitom) na godziwą starość. Zwyczajnie nie będzie miał kto na Was robić ( „ubolewam” niezmiernie z tego powodu;). Oczywiście system emerytalny można było skonstruować inaczej, nie wzorując się na skrajnie prawicowych rozwiązaniach z krajów Ameryki Południowej. Jasne, że to nie rozwiązało by problemu starzenia się społeczeństw postindustrialnych, ale negatywne efekty tego zjawiska można by przynajmniej nieco złagodzić. Cóż, w Polsce to nie nastąpi dopóki do władzy nie dojdzie jakaś autentyczna lewica, której póki co nie ma i nie wiadomo czy w ogóle powstanie (wszak pseudodziennikarstwo zrobi wszystko aby temu zapobiec). Podsumowując tekst Miry Suchodolskiej można odpowiedzieć autorce na ostatnie zdanie jej tekstu następująco: „Droga Suchodolsko, nawet katar będzie rósł do rozmiarów biblijnej plagi, przy sposobie myślenia jaki proponuje zarówno Pani sama jak i cała armia partyjnych najemników zwana mylnie dziennikarzami”. Państwo może być silne poprzez siłę swoich obywateli. Jeśli będzie się ich traktować jako ten ciemny „gupi” naród, który można sobie pościemniać w takiej czy innej gazecie, to nie ma mowy o silnym państwie. Klepanie tych samych od lat prawicowych frazesów pisanych językiem podręczników dla studentów dziennikarstwa(wyrzućcie to kto może, a jak ktoś nie może, niech natychmiast zapomni wszystkie treści tuż po egzaminie) na pewno polskiemu dziennikarstwu nie służy, ale to już jest Wasz problem, drodzy żurnaliści. Pozdrawiam kolejny już elitarny dziennik, „Wasz” durny anonimowy internauta;)

komentarze (7) | dodaj komentarz

piątek, 19 marca 2010

Licznik odwiedzin: 23399

O mnie

Wciąż młody, ale coraz starszy...jak mawia niejaki Cezary Michalski "jestem" niewolnikiem, który za dnia łasi się do establishmentu, aby potem w sieci wylewać swoje frustracje, wg. niego to niewolnictwo;)

O moim bloogu

Nietypowo o polityce, na pewno nie pokolenie J.P II.Zwolennik wolności słowa, aż bólu. Uważam też, że publicystyka to zbyt poważna sprawa, aby zostawić ją publicystom;)

iThink Moje Opinie Creative Commons License
POPRAWKA NUMER 1-BY BENFRANKLIN by Benfranklin is licensed under a Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska License.
Based on a work at benfranklin.bloog.pl. NIEdlaPiS! Szczęśliwi ateiści - pozytywny ateizm banner Enklawy normalności Ateizm.Toplista.pl Katalog Dobrych Stron DI TopBlogi - Najlepsze Blogi w Polsce dodajdo.com top-blog.pl - Ranking blogów RANKING STRON INTERNETOWYCH,darmowe statystyki,fajne i ciekawe strony Komentarze.eu - Przegląd polskiej blogosfery blogi Liczniki Blogi Polityczne POLITYKA Blog Directory & Search engine Blog directory Politics Top Blogs blogarama - the blog directory NAJLEPSZE BLOGI http://benfranklin.bloog.pl/
Ben Franklin

Utwórz swoją wizytówkę The Rainforest Site
The Hunger Site Join My Community at MyBloglog! Follow Benfranklin1 on Twitter Add to Mixx! Subscribe to me on FriendFeed

Add to Google Reader or Homepage

Subscribe in NewsGator Online

Add to netvibes

free counters

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031