Pod koniec kwietnia wreszcie pojawiło się słońce i można było odpocząć nieco od zgiełku medialno-politycznego i zająć się dowolną formą rekreacji. Niestety rozpoczyna się maj a wraz z nim nasi „ulubieni” zgrani do bólu aktorzy najwyraźniej rozpoczynają kolejny etap sezonu artystycznego. Tym razem zaserwują nam przedstawienie pod tytułem „Święta majowe”. Rozpoczną 1 Maja, tradycyjnie przedstawiciele lewicy, którzy w tym roku solidarnie i oddzielnie będą się mizdrzyć do własnych działaczy niższego szczebla na dwóch oczywiście oddzielnych manifestacjach. Jedni w stylu happenersko-wibratorowym, drudzy tradycyjnie przy kiełbasie pocałują się na niedźwiadka. Dużo będzie bredzenia o ludziach pracy, umowach śmieciowych, no i oczywiście o tym, kto prawdziwą lewicą jest, a kto nie. Ktoś spoza lewicy, może znów wrzuci temat likwidacji święta, żeby zaistnieć przez sekundę w mediach. Powie może coś o komunie, na pewno nie powie nic o amerykańskich robotnikach z Chicago i ich demonstracji z 1866 roku, na cześć których to święto ustanowiono. Nudne to już jest, oklepane i powoli się zużywa, więc najlepiej w tym czasie zająć się np. grillem lub czymkolwiek innym. Jedno jest pewne, należy wyłączyć telewizor.
2 maja będziemy mieli nieco spokojniejszy dzień, choć z pewnością nasi „dzielni”, waleczni i uczciwi do bólu w swym patriotyzmie dziennikarze przypomną nam o dniu flagi narodowej, który to dzień ktoś półprzytomny kiedyś nam uchwalił, kierowany zapewne kolejną ożywczą falą zrywu katolicko-narodowego. Zrywy takie weszły już na stałe do historii naszej wciąż młodej demokracji, która czasem także za ich sprawą, robi w ogóle wrażenie jakby była pacjentką domu dla psychicznie chorych ludzi, z tymże tutaj pacjenci nie są Napoleonami. Tu pacjenci od razu „są” tylko Chrystusami i świętymi. Dziwić może tylko to, że Napoleon w końcu także nie był jakoś szczególnie obdarzony wzrostem, więc właściwie powinien być w tej grupie docelowej nadal popularny. No, ale nie szukajmy logiki tam gdzie nie ma prawa jej być.
Kulminacja przedstawienia nastąpi bowiem 3 Maja. Wówczas to wraz z jutrzenką, zostaniemy jak co roku zbombardowani serią pogadanek historycznych nawiązujących do wydarzeń z końcówki Polski przedrozbiorowej. Usłyszymy o postępowości twórców wiadomej konstytucji, znów się dowiemy o tym jak bardzo mocno chcieli zmienić chylący się ku upadkowi kraj. Usłyszymy, że byli autorami drugiej na świecie i pierwszej w Europie konstytucji. Ktoś z radykalnej prawicy może znów gdzieś na boku o masonach coś powie, ale zaraz się poprawi, że przecież to nie taka masoneria jak ta zła dzisiejsza lub jakoś podobnie. Prezenterki telewizyjnych programów informacyjnych być może przypną sobie (przepraszam za słowo) kotyliony do piersi i będą udawać, że bardzo są tym wszystkim wzruszone. Możliwe, że przy takich pensjach, też byśmy się tym bardzo wzruszyli. Wszystko będzie ociekało sztucznym, przelansowanym, anachronicznym patriotyzmem. Być może dowiemy się jak spędził ten dzień prezes naszej „ulubionej” opozycji. Na pewno dowiemy się co Prezydent i jego otoczenie myślą o Konstytucji 3 Maja i jak bardzo doceniają rolę Kołłątaja i Staszica. Nasza „ulubiona” opozycja w kontekście wiadomym, uderzy na carycę Katarzynę, może się znów oberwie królowi Poniatowskiemu. Ktoś go tam z cicha będzie bronił, że wkład w rozwój kultury, obiady czwartkowe i tak dalej.
Całość jak zwykle będzie się jawić jako miałkie przedstawienie robione przez różne ośrodki w celach tylko i wyłącznie doraźnych korzyści politycznych, a przez media z braku innych tematów i dla pieniędzy. „Zdrowy rozsądek” nakazuje więc, aby przy świetle kamer świętujący lewicowy 1 Maja i prawicowy 3 Maja wymienili się proporczykami tak jak to robią piłkarze przed meczami. Media zarobią, będzie co komentować, a przy okazji moglibyśmy obejrzeć, jak jedni wręczają drugim kotyliony, aby w zamian otrzymać wibratory. W ogóle połączenie kotylionu z wibratorem to jest dobry pomysł, skoro PRL miała swój półkotapczan i pszenżyto, to czemu RP nie miała by mieć kotylionowibratora?
I z tą myślą, moi drodzy, życzę wszystkim dużo słońca podczas majowych wycieczek, pikników, spotkań towarzyskich, wypraw nad jeziora, w góry, wymarzonych podróży samochodowych, kolejowych, rowerowych...i tak dalej.
Podczas wczorajszej debaty sejmowej na temat proponowanej pseudouchwały adresowanej do organów władz obcego państwa (sic!) upewniliśmy się co do jednego: to premier Donald Tusk jest właścicielem tej psiarni.Do niego należą wszystkie smycze, kagańce, kolczatki i miski, od niego zależy kto i co dostanie, kto zostanie ukarany, a kto nagrodzony. Tak więc po wybrykach pisowskich w dniu drugiej rocznicy katastrofy smoleńskiej, trzy dni później premier pociągnął w sejmie za smycz, a kolczatka na szyjach polityków PiS zacisnęła się – i zostali oni w ten sposób upomniani gdzie jest ich miejsce i jak należy się zachowywać.
Celne, rzeczowe, trafiające w najczulszy punkt przeciwnika przemówienie Tuska udowodniło zarówno innym politykom jak i też komentatorom wydarzeń sceny politycznej, że Tusk to polityk z górnej półki, zdecydowanie najmocniejszy w dzisiejszej Polsce, i że być może długo jeszcze będzie sprawował najwyższe funkcje państwowe. Jarosław Kaczyński bowiem nie ma czym – ani jak – zabrać Tuskowi atrybutów zarządzającego psiarnią, a Janusz Palikot póki co zajmuje pozycję małego shi-tzu, który co prawda wydaje z siebie dużo piskliwych dźwięków, lecz ma zbyt małe zęby, aby poważnie ugryźć inne polityczne bullterriery. Dobitnie pokazało to głosowanie nad proponowanymi przez Ruch Palikota zmianami zasad finansowania działalności partii politycznych.
Smycz, pociągnięta wczoraj w sejmie przez Tuska, ostudzi za pewne na jakiś czas niektóre działania polityków PiS i SP, aczkolwiek w dłuższej perspektywie nie pozostanie im znów nic innego poza Smoleńskiem i tradycyjnym już ujadaniem na nutę swojskiego burka-kundelka, mieszańca owczarka kaukaskiego, mieszkającego gdzieś pod oborą na prowincji. To chyba dziś jedyne nośne medialnie spoiwo jakie jest w stanie mobilizować elektorat Kaczyńskiego, a to z kolei jest na rękę Tuskowi i rządzącej PO. Niewykluczone więc, że będziemy uprawiać politykę smoleńską jeszcze długo. Opłaca się ona bowiem wszystkim stronom. Jeśli więc będą kłopoty z poparciem społecznym dla jakichś proponowanych przez rząd rozwiązań, to zawsze będzie można spuścić ze smyczy podwórzowego burka, dać mu się wyhasać i poszaleć, nastraszyć sąsiadów jego głośnym ujadaniem, aby w odpowiednim momencie pociągnąć za smycz, zacisnąć mu na szyi kolczatkę i uspokoić wszystkich tych, których ten mieszaniec kaukaza nastraszył. Na pewno jest to dość interesujący sposób uprawiania polityki, jednak jak słusznie zauważa coraz więcej komentatorów sceny politycznej, zupełnie nic z tego nie wynika dla kraju i jego obywateli.
Kogo jednak w tej psiarni obchodzą obywatele? Najważniejsze jest aby bilety na występy tego psiego cyrku sprzedawały się dobrze. O to dbają już dziennikarze i telewizje informacyjne, których działalność w ostatnich dniach przypominała raczej ujadanie smoleńskie, niż rzeczywistą pracę. I w tej psiarni wszystko jest nierzeczywiste, prawdziwa są jedynie smycz i kolczatka jaką wczoraj w sejmie pokazał premier Tusk i to dlatego on jest głównym rozgrywającym na polskiej scenie politycznej. PiS nie dysponuje właściwie niczym poza bajkami w stylu projektów uchwał „zobowiązujących” władze obcych państw, Palikot (a zwłaszcza jego otoczenie) coraz bardziej przypomina kiepsko napisaną slapstickową komedię. Natomiast SLD to partia, która umie grać już tylko na starą zgraną nutę. Stronnictwo, które jest jak Ogar Polski, stara niszowa rasa dla wąskiej grupy miłośników. Wszystko wskazuje na to, że w nieodległej przyszłości ugrupowanie to, podobnie jak rzeczone ogary, może chyba już tylko pójść w las.
Szkoda tylko widzów tego żałosnego psiego widowiska; bardzo możliwe, że wielu z nich niedługo opuści więc tę psiarnię, aby udać się na cichsze, spokojniejsze i zdecydowanie bardziej kameralne wystawy kotów organizowane coraz częściej w różnych państwach Unii Europejskiej, gdzie w wielu nisko płatnych zawodach wciąż brakuje rąk do pracy. Może nie będzie dużo weselej, ale na pewno spokojniej, mniej nerwowo, a co najważniejsze bardziej treściwie. Koty bowiem w odróżnieniu od psów są mniej hałaśliwe, ale bardziej konkretne.
Wpis został pierwotnie opublikowany na stronie gazety internetowej "STUDIO OPINII"
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 380 449 (wersja testowa)

Wciąż młody, ale coraz starszy...jak mawia niejaki Cezary Michalski "jestem" niewolnikiem, który za dnia łasi się do establishmentu, aby potem w sieci wylewać swoje frustracje, wg. niego to niewolnictwo;)
Nietypowo o polityce, na pewno nie pokolenie J.P II.Zwolennik wolności słowa, aż do bólu. Uważam też, że publicystyka to zbyt poważna sprawa, aby zostawić ją publicystom;)
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj: