Brzmi to dla uszu kogoś, kto przyłączył się do akcji podobnie jak około 7 tysięcy innych internautów dość bezczelnie. Oto, bowiem partia której zwolennicy od kilku lat uprawiają w sieci obelżywą kampanię szkodzącą wszystkim polskim internautom, ma czelność, oskarżać innych o coś co sama uprawia. Nikt bowiem nie jest w stanie mnie przekonać do tezy, że wulgarne niekiedy łamiące prawo, najczęściej obelżywe komentarze pod adresem wszystkich którzy ośmielą się napisać choćby jedno krytyczne słowo pod adresem partii Kaczyńskich nie ma z tym procederem nic wspólnego. Pytanie jak działają służby odpowiedzialne za namierzanie bezprawnych działań w sieci pozostawiam już do odpowiedzi odpowiednim służbom i kierującym tymi służbami ludziom PO. Każdy kto choć raz miał do czynienia w sieci ze zwolennikami PiS doskonale przecież „wie” kim według nich jest jego matka, jakiej jest narodowości, orientacji seksualnej, na czyich czołgach przyjechał do czystej ojczyzny pisowców, którą oczywiście swoją obecnością „plugawi” itd. Nam miejscu posłów PO w ogóle nie odpowiadał bym na pytanie posłów PiS, lecz skierował bym do odpowiedniego ministra własną interpelacj, z zapytaniem czy te służby wiedzą czy i kto organizuje tego typu kampanie wulgarności w sieci, czy monitorują niektóre serwisy słynące z tego typu zachowań i komentarzy i czy mają wiedzę na temat ewentualnych inspiratorów stojących za szerzeniem tych wulgaryzmów i obelg w sieci. Jeśli takiej wiedzy nie mają, to może najwyższy czas spróbować ją zdobyć???
Tymczasem nic to, albowiem była i dość przeciętna urzędniczka w pewnym podrzędnym i peryferyjnym warszawskim urzędzie, Grażyna Gęsicka, twierdzi że „taka akcja, oznacza że ktoś widzi powód, aby ruszyć na wojnę antypisową”...I tu choć nie jestem członkiem (tym bardziej posłem) PO, nie zaliczam się też do grona wielkich sympatyków tego ugrupowania, odpowiem Pani poseł Gęsickiej niejako w zastępstwie Grzegorza Schetyny i posłów z jego klubu...TAK, droga Pani poseł, ja widzę powód żeby ruszyć na wojnę antypisową i ponad 7 tysięcy internautów również takie powody (na szczęście) też dostrzega. Nie chcę zwyczajnie, aby Polską rządzili ludzie którzy w swoim programie zakładają ograniczenie swobód obywatelskich, którzy są w stanie do tego wykorzystywać służby specjalne i tworzyć kolejne coraz to dziwniejsze narzędzia apratu represji wobec obywatela. Nie chcę też, żeby Polska miała premiera który twierdzi że część jego współobywateli stała tam gdzie oprawcy z ZOMO tylko dlatego, że nie zgadzają się z jego wizją Polski. Nie podoba mi się kraj rządzony przez sektę toruńską i z jej aparatem represji tzw. Rodziną Radia Maryją, w którym ministrowie chodzą na klęczkach zdawać relacje ze swoich prac jakiemuś zakonnikowi o niewyjaśnionej przeszłości. Nie chcę mieszkać w Polsce, która za swój główny cel w polityce zagranicznej uważa rozdrapywanie starych ran i wzbudzanie fobii antyniemieckiej i antyrosyjskiej. Nie chcę też, droga Pani Grażyno Gęsicka, mieszkać w kraju, gdzie wielkim historykiem zostaje się pisząc dyrdymały o siusianiu jakiegoś dziecka do kropielnicy, które później jednak wyrosło na kogoś dużego, kogo szanuje cały świat oprócz Ciebie, Grażyno Gęsicka (jeśli pomyliłem Pani nazwisko to przepraszam).
Próba pytania polityków PO o akcję jaką zamierzają podjąć posłowie PiS, nie może być przez kogoś poruszającego się w miarę sprawnie w odmętach polskiej sieci potraktowana inaczej niż tylko jako kolejna PR-owska zagrywka spin-doktorów PiS, który poprzez odwrócenie kota ogonem chcą zwyczajnie zamknąć usta swoim przeciwnikom chociaż sami nie sprawiają wrażenia ludzi uczciwych w tej kwestii. Wśród ludzi, którzy do tej pory przyłączyli się i uczestniczą w kampanii „Zrobimy wszystko, aby PiS nie wrócił już do władzy” są bowiem zwolennicy praktycznie wszystkich ugrupowań politycznych z wyjątkiem samego PiS, a zdecydowaną większość stanowią ludzie, którzy nie wyrażają żadnych swoich sympatii wobec któregokolwiek z polskich stronnictw politycznych (w tej większości znajduje się również piszący te słowa). Mogę jedynie wyrazić głęboką nadzieję, że posłowie PO i przewodniczący ich klubu poselskiego nie ugnie się pod naporem kłamstw powtarzanych sto razy oraz bezczelności i tupetu ludzi takich jak Grażyna Gęsicka, podczas nadchodzącego posiedzenia Sejmu.

Jak grom z jasnego nieba spłynęła na nas dziś informacja, że Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich. Premier zaskoczył dzisiejszym oświadczeniem podczas konferencji prasowej na warszawskiej giełdzie większość komentatorów i analityków sceny politycznej (nie oszukujmy się). Tuż po ogłoszeniu tej decyzji, kuluary sejmowe, media oraz internauci utonęli w kipieli przezabawnych niekiedy spekulacji. Nikt jednak nie może być na 100% pewien tego cóż ta decyzja w rzeczywistości może oznaczać. Komentatorzy krążą ze swoimi hipotezami od ściany pt. „Tusk oddał wybory walkowerem” do „to mądra i bardzo korzystna decyzja dla Polski i PO”. Jak zwykle prawda zapewne leży gdzieś pośrodku. Czas pokaże. W związku z tą decyzją rodzi się jednak wiele pytań z naczelnym z nich, lecącym teraz niczym lawinowa śnieżna kula przez głowy analityków pytaniem: „kto będzie kandydatem PO w wyborach prezydenckich?”
Pojawiają się tu nazwiska popularnych polityków PO, Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego. Za ich kandydowaniem jednak nie przemawiają właściwie żadne mocne argumenty. Przy wystawieniu w wyborach konserwatywnego i dość miałkiego medialnie, historyka Bronisława Komorowskiego kampania wyborcza na pewno będzie cichsza (część z Was z pewnością pomyśli, że to dobrze), przeciw jego osobie niezwykle trudno jest wyciągnąć jakieś argumenty ad personam w stylu bullterierowego „dziadka w Wehrmachcie”. Z drugiej strony taka cicha kampania, w wielu aspektach zbliżonego poglądami do obecnego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego, marszałka Komorowskiego wydaję się najkorzystniejszą z punktu widzenia PiS. Komorowski to obyczajowy konserwatysta, o życiorysie i poglądach zbliżonych do PiS-u w wielu kwestiach. Z tą kandydaturą będzie trudniej o mobilizację młodego antypisowskiego elektoratu z wielkich miast. Sprawna maszynka propagandowa kierowana przez pisowskich spin-doktorów może to wykorzystać, szczególnie przed ewentualną drugą turą wyborów. Jednego możemy być w tym przypadku praktycznie pewni. Kampania przebiegała by pod znakiem rocznic, odwiedzin na grobach poległych i prześciganiu się w licytacji na historyczne wspominki, martyrologiczne, ckliwe pochlipywanie i zatroskane twarze. Moim zdaniem, patrząc z punktu widzenia PO, ryzyko porażki z Lechem Kaczyńskim jest w przy tym wariancie zbyt duże.
Z kolei ewentualna kandydatura obecnego szefa MSZ, Radosława Sikorskiego, również wydaje się być ryzykowna. Jednego możemy być tu pewni , gdyby kandydatem PO został Sikorski to mamy na 100% „wojnę na noże”. Cała kampania będzie przebiegać wówczas pod znakiem ostrych pyskówek, brudnych ataków ma przeszłość i życie rodzinne Sikorskiego. Pisowscy spece nie omieszkają poinformować nas, kim są krewni i znajomi pani Applebaum (zapewne do 10 pokolenia wstecz),przypomnijcie sobie tylko, moi drodzy, czy też ostatnio żona naszego szefa dyplomacji nie miała jakiś dziwnych kłopotów z samochodem? A to może być tylko przedsmak tego czego można oczekiwać w kampanii. Z drugiej strony, z punktu widzenia sztabowców PO, gra może być warta świeczki. Przy tej kandydaturze można bowiem liczyć na większą mobilizację elektoratu antypisowskiego, który generalnie min. Sikorskiego ceni choćby tylko za prawdziwą i szczerą postawę wobec pewnej watahy. Przyznam się, że na miejscu sztabowców PO kusiłoby mnie zagrać va banque i wystawić w wyborach Radka Sikorskiego właśnie w celu dobicia i pogrążenia głównego politycznego przeciwnika. Przy tym scenariuszu jednego możemy być pewni...jak mawia Jurek Owsiak...:”oj, będzie się działo!”
Istnieją też inne możliwości. Załóżmy na chwilę, że Plaforma nie wystawi własnego kandydata w wyborach prezydenckich, a jedynie udzieli poparcia jakiemuś kandydatowi nie związanemu bezpośrednio z PO. Tu pierwsze co przychodzi do głowy to słynna wypowiedź Włodzimierza Cimoszewicza dotycząca jego ewentualnego startu. Przypomnijmy, iż W. Cimoszewicz oświadczył ,że wystartuje w wyborach tylko jeśli groźba reelekcji obecnego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego będzie realna. Po wycofaniu się z wyścigu prezydenckiego Donalda Tuska, ten warunek jest praktycznie spełniony. Mógłby być to również korzystny z punktu widzenia sztabowców PO deal. Czemu? Taka sytuacja umożliwiła by bowiem w miarę spokojne rządzenie obecnemu gabinetowi i to aż do następnych wyborów parlamentarnych i przeniosła ciężar walki z PiS na barki Cimoszewicza i jego sztabu wyborczego, pomogło by to też uniknąć bezustannych pisowskich ataków płynących z komisji śledczych i przychylnych PiS mediów.
Najmniej prawdopodobne (acz możliwe jak i wszystko) byłoby ewentualne poparcie udzielone przez PO kandydaturze Andrzeja Olechowskiego. Jest to moim zdaniem wątpliwe z wielu powodów, z których najważniejsze wydają się być zadawnione urazy personalne pomiędzy współtworzącym niegdyś PO, Olechowskim, a tzw. „dworem Tuska”. Również niewyjaśniona wciąż kwestia związku kandydatury Olechowskiego z Pawłem Piskorskim i Stronnictwem Demokratycznym wydaje się uniemożliwiać poważniejsze traktowanie tego scenariusza.
Jedno jest pewne, czeka nas jeszcze wiele niespodzianek i zwrotów sytuacji. Niejaki Kurski Jacek podejrzewa nawet, iż Donald Tusk stworzył coś w rodzaju zasłony dymnej, aby w decydującym momencie zmienić decyzję i zgłosić się jednak do wyborów. Jest to moim zdaniem mało prawdopodobne, Donald Tusk narażałby się bowiem takim zachowaniem zbyt bardzo na śmieszność. W obecnej sytuacji nie można jednak wykluczyć absolutnie żadnego z powyższych scenariuszy.
Z dużym zainteresowaniem przyłączyłem się do kampanii społecznej „Zrobimy wszystko, aby PiS nie wrócił już do władzy” jaka ma miejsca na portalu społecznościowym „Facebook”. Czemu? Otóż, od dłuższego czasu mam wrażenie (o czym pisałem tu już niejednokrotnie) że istnieje w Polsce licznie reprezentowana wśród ludzi mediów grupa osób, których jedynym zadaniem jest zrobienie wszystkiego, abyśmy zapomnieli o traumie lat 2005-07 związanej z rządami koalicji PiS, LPR, Samoobrona. Wyraźnie widać, że przed nadchodzącymi wyborami w przekazie medialnym są pewne tematy tabu. Należą do nich choćby lansowanie przez PiS i przychylne mu media „geniuszu” takiego premiera jak Kazimierz Marcinkiewicz. Próba odwrócenia uwagi od quasi policyjnego państwa służb specjalnych w wydaniu Mariusza Kamińskiego i wiele innych podobnych zachowań.
Byłoby prawdziwą katastrofa dla Polski, a już szczególnie dla jej obywateli i ich praw, gdybyśmy mieli doczekać się swoistej powtórki z rozrywki, o którą tak bardzo zabiegają niektóre media. Tym cieplej należy odnieść się do oddolnej inicjatywy kilkorga użytkowników Facebooka. O akcji w ostatnich dniach stało się głośno za sprawą ultrakatolickiego „Naszego Dziennika” i oskarżeniom jakie pod adresem inicjatorów akcji zgłosił ten jakże przez nas „ceniony” i „niezwykle opiniotwórczy” tytuł. Radiomaryjni ultrasi zasugerowali bowiem o, że za pomysłem na akcję, stoi gdańska posłanka PO, Agnieszka Pomaska Pomimo sprostowań ze strony samych inicjatorów akcji oraz zainteresowanej posłanki, radiomaryjni milczą co świadczy tylko o „wiarygodności” ludzi podających się za dziennikarzy, którzy pracują na rzecz koncernu firmowanego prze toruńskiego Torquemadę.
Potrzeba tego typu inicjatywy jest moim zdaniem oczywista. Najlepiej świadczy o tym błyskawicznie i stale rosnąca liczba jej uczestników na Facebooku”. Obecnie, choć kampania trwa od niedawna,liczba jej uczestnik ów przekroczyła 5000 i przybywa ich z każdą godziną w szybkim tempie. Świadczy to niedobrze o polskich politykach, mediach i spin-doktorach poszczególnych ugrupowań, którzy tak bardzo oderwali się od życia obywateli, że kompletnie już nie dostrzegają rzeczywistych obaw,lęków i niebezpieczeństw jakie straszą zwykłych wyborców niczym mroczne widma z hollywoodzkich horrorów. Takim potwornym widmem wydaję się być właśnie ewentualny powrót do władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego pseudopartii. Potrzebę stworzenia takiej inicjatywy najlepiej uzasadniają sami jej autorzy, którzy na stronie akcji na Facebooku piszą:
Wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy Łodzi we wczorajszym referendum pozbawili stanowiska Prezydenta swojego miasta, jedną z najbardziej groteskowych postaci ostatniego dwudziestolecia w polskiej polityce, jaką bez wątpienia jest Jerzy Kropiwnicki. Na marginesie tego wydarzenia można pokusić się o kilka wniosków.
Po pierwsze, niektóre instytucje państwa demokratycznego (jak choćby właśnie referendum) wreszcie zaczynają funkcjonować jak należy. Choć w ciągu ostatniego dwudziestolecia, można było niejednokrotnie odnieść wrażenie, że referenda w Polsce to nie jest to co działa najlepiej to jednak w ostatnim czasie można zaobserwować, iż obywatele Polski coraz częściej zaczynają sięgać (i to skutecznie) po ten instrument kontrolowania swoich władz. Szczególnie widoczne jest to na poziomie lokalnym wszak niedawno w identyczny sposób swojego nielubianego Prezydenta pozbyli się mieszkańcy Częstochowy. Z kolei mieszkańcy Sopotu, nie dali się oszukać propagandzie konserwatywnych i propisowskich mediów ogólnopolskich i swojego Prezydenta w referendum obronili. Jest to moim zdaniem dobrym prognostykiem na przyszłość dla polskiej demokracji, która mozolnie i z wielkim oporem (nie tylko materii), ale jednak systematycznie przybliża się do obywatela.
Po drugie nie po raz pierwszy zawiodły media. Praktycznie z wyjątkiem tygodnikiem „Polityka” wszystkie media ogólnopolskie starannie pomijały w swoich relacjach z Łodzi, takie kwestie jak wyjątkowo częste jak na samorządowca wyprawy Jerzego Kropiwnickiego zagranicę, wreszcie pomysły takie jak przebieranie urzędników w mundurki własnego projektu, czy autorski pomysł na miejski teatr. Oprócz ogólnopolskiej idei fix działacza byłej ZChN, a obecnie bliskiego PiS-owi, Chrześcijańskiego Ruchu Samorządowego jakim jest restytucja święta Trzech Króli (a może Królów, kto ich tam wie;) wszystkie te dziwaczne wybryki były skutecznie przemilczane przez dominujące w Polsce konserwatywne i przychylne PiS-owi media i dziennikarzy, którzy po raz kolejny zawiedli opinię publiczną swoim nierzetelnym przywiązaniem do konserwatywnego katolicyzmu a la PiS. Niejednokrotnie obserwując takie zachowanie polskiego mainstreamu medialnego można odnieść wrażenie, że zamiatanie pod dywan wszelkich dyskusji, które mogą prowadzić do zmniejszenia siły dyktatu polityków konserwatywnych stało się głównym i jedynym celem i zadaniem polskiego dziennikarstwa.
Wreszcie po trzecie, na podstawie wydarzeń takich jak łódzkie referendum można też zastanawiać się nad przyszłością polskiej sceny politycznej. Oto, przed nami seria wyborcza złożona z wyborów samorządowych, prezydenckich, a na koniec parlamentarnych. Wszystko wskazuje na to, że będą to wybory pomiędzy silnymi organizacjami partyjnymi czyli skrajnie konserwatywnym PiS, a nieco bardziej umiarkowanie konserwatywną Platformą. Problem tego układu być może polega na tym, że obie partie są bardziej konserwatywne niż większość (lub przynajmniej coraz większa i decydująca część) elektoratu. Takie pomijanie wszelkich tylko choćby nieco mniej konserwatywnych poglądów politycznych powoduje u wielu wyborców zniechęcenia do udziału w procedurach demokratycznych oraz oddawanie głosów na tzw. „mniejsze zło” (moim zdaniem główny czynnik decydujący o sukcesach wyborczych i sondażowych PO i Donalda Tuska). Tej luki programowej kompletnie nie potrafią wykorzystać ugrupowania lewicowe, które coraz bardziej pogrążają się w oczach wyborców swoimi dziwnymi zagrywkami politycznymi (jak choćby nieformalna koalicja SLD z PiS czy też nieludzki wręcz diapazon komunikatów polityków związanych z byłą SdPl i PD, który poza bardzo wąskimi mniejszościowymi grupami wyborców może być odebrany jedynie jako niezrozumiały bełkot). Ten więc kto trafi do coraz liczniejszej grupy niekonserwatywnego elektoratu z prawidłowo sformułowanym programem i komunikatem, może się okazać posiadaczem tajemnego klucza do odblokowania zakleszczonej polskiej sceny politycznej. Póki co, nikogo takiego nie widać, ale przed nami dwa wyborcze lata podczas których dwie główne konserwatywne siły będą miały mnóstwo okazji do politycznego wykrwawienia się, a wówczas jak to kiedyś śpiewano...wszystko może się zdarzyć.
Nie należy, więc moim zdaniem, lekceważyć i nie doceniać znaczenia takich drobnych z pozoru wydarzeń jak łódzkie referendum. Zdolny polityk na ich podstawie byłby w stanie dojść do prawidłowych wniosków. Kto wie, być może gdzieś ktoś już nawet do nich doszedł. Czas zweryfikuje kto i na ile będzie potrafił z nich skorzystać. A sam Kropiwnicki (i wielu podobnych)...cóż po 21 latach chyba najwyższy czas odpocząć.
PS: Jeśli ktoś uważa, że warto to głosować na tego bloga (w konkursie blog roku 2009) można wysyłając SMS o treści: C00048 na numer 7144. Dziękuję wszystkim, którzy się na to zdecydują. Koniec "kampanii wyborczej";)
Tradycyjnie już z mieszanymi uczuciami muszę oznajmić Wam, że zgłosiłem tego bloga w konkursie Blog Roku 2009 organizowanym przez portal Onet.pl. Dlaczego z mieszanymi uczuciami i dlaczego w ogóle zgłosiłem? Możecie mnie spytać i słusznie. Szanse na zwycięstwo przecież (spójrzmy na to realnie i bez emocji) są znikome (żeby nie powiedzieć że zerowe). Zdaję sobie oczywiście z tego sprawę i żadnego sukcesu nie przewiduję. Doszedłem jednak do wniosku, że skoro w ogóle wziąłem się już za pisanie o polityce to przecież nie po to, aby pisać na Berdyczów lecz po to by ktoś to czytał. Mam więc cichą nadzieję, że dzięki udziałowi w tego typu konkursach pozyskam kilku nowych czytelników. Szczególnie interesują mnie czytelnicy spoza środowiska dziennikarskiego(tak jest, "drodzy:" żurnaliści!), których interesują tematy polityczne, a którzy mają już dość tzw. ładu medialnego z jakim mamy do czynienia od pewnego czasu. Jeśli w związku z udziałem w tym konkursie do grona stałych czytelników tego bloga dołączy choćby jedna taka osoba to uważam, że warto stanąć w szranki i konkurować. Innym powodem jest moja wrodzona ciekawość, chcę po prostu przekonać się jak na tego bloga zareagują nowi czytelnicy, jak go ocenią itd., itp. oraz (nie oszukujmy się ) jak ten blog wypadnie w głosowaniu na tle blogów czołowych i znanych od lat polskich blogerów politycznych, którzy zgłosili się do konkursu. Będzie to dla mnie duży zaszczyt przerżnąć z takim wymiataczami jak Azrael, Grzegorz Ziętkiewicz czy Laudate 44. Natomiast nie będzie dla mnie zaszczytem przerżnąć z takimi „blogerami” jak nikomu nie znani, chcący się zapewne zaprezentować z nowymi i nieznanymi nikomu wcześniej poglądami i formą komunikacji: Wojciech Olejniczak, Janusz Piechociński czy pisowski dziennikarz Radia Plus, Piotr Cybulski. Być może powodem udziału tych ludzi w konkursie jest zwyczajna nędza. Przykładem tego może być choćby kandydat na blogera roku niejaki Aleksander Gudzowaty, który w ramach prezentacji swoich poglądów przy okazji postanowił zdobyć jakże dla niego nieosiągalny (wszak bieda to straszna rzecz) laptop NTT Corinno 717 SU. Organizatorom tej ściemy (czyli należącemu do ITI portalowi Onet.pl) chcę więc pogratulować zasad oraz regulaminu konkursu. Dzięki głosowaniu poprzez SMS każdy z Was ma niepowtarzalną okazję wyrzucenia w błoto kilku jakże Wam niepotrzebnych PLN (ponoć nawet przeznaczone to jest na cele charytatywne, ale kto tam ich wie), a przy tym przyczynić się do promowania nowych nikomu nieznanych wcześniej „talentów” takich jak choćby laureaci konkursu z lat poprzednich: Janusz Korwin-Mikke i Joanna Senyszyn. Do tego możecie pomóc polskiej demokracji i społeczeństwu obywatelskiemu dalej i jeszcze bujniej rozkwitać, a przy okazji wesprzeć w pracy tak przeze mnie lubiane i podziwiane również przez Was polskie dziennikarstwo. Po zakończeniu głosowania SMS, spośród tych blogów które uzyskają największe poparcie partyjnych młodzieżówek, zwycięzcę w kategorii Polityka wybierze bowiem, jak zwykle obiektywny dziennikarz TVN, Tomasz Sekielski. W tym miejscu powinienem Wam teraz zacząć klarować, że kandyduję i dlaczegóż to warto w nadchodzącym II etapie konkursu oddać głos właśnie na mnie, a nie na kogoś innego. Niestety, do niczego Was nie będę tutaj namawiał brak mi najwyraźniej tupetu pseudodziennikarzy i polityków (też pseudo). Dlatego chyba oddam ten konkurs walkowerem, temu najbardziej potrzebującemu, i zarazem temu na którego głos wszyscy czekacie. Temu bez którego nigdy nie dowiedzielibyśmy się jak ostry jest Oleksy czyli Aleksandrowi Gudzowatemu. Dawaj Olek, niech laptop będzie z Tobą !
PS: Jeśli ktoś uważa, że warto to głosować na tego bloga można wysyłając SMS o treści: C00048 na numer 7144. Dziękuję wszystkim, którzy się na to zdecydują. Koniec "kampanii wyborczej";)
Z mieszanymi uczuciami podchodzę do wszystkiego co robi Richard Dawkins. Z jednej strony naprawdę cieszy mnie fakt, że oto są na świecie ludzie którzy podzielają mój punkt widzenia na sprawę religii. Nie mają obaw przed jawnym i klarownym artykułowaniem swoich poglądów, namawiają innych ludzi aby czynili to samo. Z drugiej strony gdy tylko pomyślę o sytuacji ateistów w Polsce nie mogę pozbyć się uczucia goryczy.Oto, żyję w kraju gdzie przy świątecznym stole wracają do mnie upiory religijnej indoktrynacji lat 90. i czuję że czas ponownie się cofnął gdy ktoś oczekuje ode mnie, że po raz tysiąc osiemset nie wiadomo który będę tłumaczyć się czemu nie wierzę w tak oczywisty(dla niego) przecież fakt, że Syn Boży z Niepokalanej Dziewicy poczęty narodził się na początku naszej ery w żłóbku gdzieś na terenie dzisiejszej Autonomii Palestyńskiej. Dostojny Oksfordczyk ze swoim brytyjskim poczuciem humoru, ciętymi ripostami i pomysłami na promocję ateistycznego światopoglądu w rzekomo strasznie wrogiej wobec tegoż Ameryce rozckliwia mnie wówczas i to bardzo. Przyznam się, że chętnie zamienił bym z nim kilka słów, pierwsze co bym mu powiedział to: Przyjedź do nas, zajrzyj do Torunia, pogadaj z Terlikowskim, postaw flaszkę siwej chłopcom z „Rzepy”, jak to przeżyjesz to może dopiero zaczniemy gadać na poważnie”.
Teoretycznie ktoś się może do mnie przyczepić, przecież mówi do Was Prezydent w noworocznym orędziu (niechybny to znak, że wybory blisko a szanse na zwycięstwo nikłe;), nawet sami księża zwracają się do Was z ambon (to i owszem, ale zawsze w nadziei na nawrócenie, a poza tym wybory blisko, a szanse...;) tym niemniej pozostanę przy swoim zdaniu. Sytuacja ateistów w Polsce jest kiepska. Większość spośród nich żyje niejako w ukryciu (niczym w okopach;) ich poglądy (choć nie ma w nich nic osobliwego) często pozostają nieznane nawet dla grona najbliższych (osobiście znam kilka takich przypadków) szczególnie wtedy gdy danemu nieszczęśnikowi przytrafiło się mieszkać poza największymi ośrodkami miejskimi. Gdy w dodatku komuś przytrafiło się jeszcze nie urodzić Michnikiem, ani nigdzie w jego okolicach to swój światopogląd może wyrażać jedynie zdawkowo, półgębkiem, szeptem. Owszem są zacni ludzie na polskich uniwersytetach, publicyści „Wyborczej”, niektórzy ludzie z SLD itd., ale na nic zdadzą się ich poglądy w małej powiatowej mieścinie w Polsce „B” gdzie przyznanie się do ateizmu czy też szerzej do niewiary, może powodować poważne reperkusje. Chciałbym zobaczyć kiedyś Richarda Dawkinsa jak pomaga takim ludziom przełamać się, radzić sobie z indoktrynacją ze strony współmieszkańców, urzędników, księży czy nawet własnych rodzin, ale chcieć to nie znaczy niestety móc (mam nadzieję, że i Ty to też kiedyś wreszcie zrozumiesz). Efektami takiego stanu rzeczy są niedoszacowanie liczby osób niewierzących w Polsce (de facto nikt nie wie ilu niewierzących obywateli żyje w tym kraju: według oficjalnych danych ostatniego Spisu Powszechnego 3,7 %, według Instytutu Gallupa aż 23%)- konia z rzędem temu kto zna prawdziwe dane. Zdecydowana przewaga liczebna tzw. ukrytych ateistów nad zdeklarowanymi czytaj dla własnego bezpieczeństwa i komfortu kłamiemy że jesteśmy katolikami (efekt czystej indoktrynacji i braku ochrony dla obywateli ze strony państwa przed Kościołem). A taki stan rzeczy nie może pozostawać obojętny na komfort psychiczny i jakość funkcjonowania tych ludzi w społeczeństwie. To nie koniec, gdy ktoś ma w sobie tyle siły by ujawnić się ze swoim światopoglądem, w „cudownym” kraju wielowiekowej tolerancji, Grzegorza Miecugowa i sierpniowych ideałów Solidarności czyhają bowiem na niego kolejne pułapki. I tak osobnik taki musi być przygotowany na następujące kłopoty (ze względu na czytelników o wrażliwych nerwach, tylko wersja soft):
- „bombardowanie Jezuskiem”: objawia się na różne sposoby na przykład zasada „cytat z Ewangelii jest dobry na wszystko” , popularne zwłaszcza wśród tzw. inteligencji (pseudo), do infantylnych wrzutek o tym jak to dobrze mieć dużo dzieci (głównie w wykonaniu pań w wieku średnim, bo w wieku starszym to już tylko beret na głowę i z parasolem do ataku).
-”zabawne i oczywiście przypadkowe insynuacje” - może to przybierać różne formy (najczęściej są to niby niewinne i absolutnie niezamierzone „żarciki”), zarówno bardziej wysublimowane wśród tzw. inteligencji(pseudo) np.: „Nie wiesz, czy w tym mieście przed wojną mieszkali jacyś Żydzi?” lub mniej wysublimowane: „Moim zdaniem w Boga nie wierzyć mogą chyba tylko ci geje”. Zdeklarowany ateista powinien też być przygotowany na to, że przeciwnik stosuje „technikę zdartej płyty”. Gdy wyobrazimy sobie, że ktoś jest bezustannie poddawany powyższym zabiegom przez wiele lat, łatwiej będzie zrozumieć dlaczego ateistyczny coming-out proponowany przez Dawkinsa na polskim podglebiu ma nikłe (zerowe) szanse na powodzenie. Dlatego, przyznam się Wam, iż ze sceptycyzmem podchodzę do wszelkich inicjatyw „coming-outowych” wśród polskich niewierzących. Z jednej strony sam się do takich akcji przyłączam, z drugiej jednak obawiam się że mogą one mieć jedynie wirtualny wymiar. Wielu z odważnych wirtualnych ateistów, agnostyków czy racjonalistów po odejściu od kompa będzie musiało się zmierzyć z inną, zdecydowanie mniej przyjazną wobec nich rzeczywistością. Tutaj nie wszyscy mogą sobie poradzić, w końcu nie każdy musi być ciągle niezłomnym bohaterem, do cholery (i nie ma w tym nic złego). Ponadto widzę inne zagrożenia dla ludzi którzy zdecydują się pochopnie na „coming-out”. Nie chciałbym nigdy namówić do tego kogoś kto nie spodziewa się co go może potem w związku z taką decyzją spotkać .
Uważam, że zamiast dawkinsowskiego ateistycznego „coming-outu” (który wcale nie musi pomóc adresatom akcji) środowiska skupione np. wokół Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów i inne podobne powinny raczej monitorować łamanie praw obywatelskich osób niewierzących (choćby poprzez uruchomienie telefonu zaufania), starać się udzielać im pomocy (np. prawnej czy informować o możliwościach uzyskania takowej), pracować dalej nad integracją wszystkich środowisk skupiających ludzi niewierzących w Polsce, prowadzić akcje uświadamiające czym jest ateizm i zwalczające powszechne stereotypy na ten temat. Unikać powiązań ze stronnictwami politycznymi (uważam, że nic tak nie zaszkodziło ludziom niewierzącym w Polsce po 1989 roku jak stygmat: niewierzący = elektorat SLD). Dopiero po wykonaniu takiej pracy u podstaw „coming-out” dla wielu osób będzie łatwiejszy czy też w ogóle możliwy do wykonania. W obecnej sytuacji bowiem, wiele osób może co najwyżej, wyjść z ukrycia jedynie przed ekranami swoich komputerów. Wreszcie czas by w końcu zacząć myśleć, o prawdziwym, wolnym, ogólnopolskim i nowoczesnym medium, komunikującym się z odbiorcami „ludzkim” językiem, które nie obawiało by się przeciwstawiać powszechnemu w środkach przekazu katolickiemu konserwatyzmowi i które nie traktowało by religii katolickiej i jej wad z tak niezasłużonym szacunkiem i atencją jak to się dzieje obecnie.
Dziwaczna medialna mielonka wokół sprawy senatora Krzysztofa Piesiewicza trwa, zdaje się wręcz nasilać (święta idą, nie ma co mielić;) Dlaczego dziwaczna? Bo ja, moi drodzy, uważam że żadnej wielkiej sprawy tu nie ma. Jak to?-ktoś może spytać. Już wyjaśniam (uwaga lecimy z mieleniem).
„Superak” publikuje film, na którym sen. Piesiewicz robi to co robi. Następnie "areopagi mędrców" i jedynie słusznych arbitrów dobrego smaku atakują „Superaka” za publikację filmu z udziałem osoby publicznej. Media w Polsce można (należy) atakować za wszystko, ale za to? To już jest albo nieporozumienie albo akt złej woli. Z drugiej strony olbrzymie wątpliwości budzi sprawa szantażu. Wersję oficjalną o jakichś mafiozach i zbirach odłożył bym jak najszybciej ad acta (tego akurat „nasze” media nie zrobią;) Należałoby się raczej zastanowić komu mogło najbardziej zależeć na wykorzystaniu słabości charakteru senatora Piesiewicza i z czym to jest związane. Tu pierwszą odpowiedzią, która przychodzi do głowy jest kampania wyborcza. Mniej więcej w tym samym czasie co o sprawie sen. Piesiewicza pisze się też dużo o potencjalnych kandydatach lewicy w wyborach prezydenckich, lokator Pałacu Namiestnikowskiego jest ponoć chory, a cykliczna dawka sondaży w naszych mediach wskazuje na spadek poparcia dla rządzącej PO. Już ta przedświąteczna zbitka wydarzeń medialnych powinna dać do myślenia. Jeśli dodamy do tego jeszcze dziwaczną (acz całkowicie zrozumiałą) akcję pojawiania się ludzi lewicy na czołówkach prawicowych, przychylnych PiS-owi mediów (np. Wojciech Olejniczak w „Rzepie” tuż nad artykułem Bronisława Wildsteina) to obraz całości układanki dopełnia się, moi drodzy. Oto, mamy do czynienia z małym sojuszem „areopagów” PiS-owskiego i SLD-owskiego przeciw PO, sprawa Piesiewicza to idealne do tego narzędzie. Po co jednak w takim razie atakować „Superak” skoro wywlekł tę sprawę na światło dzienne? I tu po dłuższej chwili zastanowienia się też można się dopatrzeć logicznej odpowiedzi. Tu chodzi już o coś więcej...o sposób w jaki politycy i bliskie im środowiska komunikują się z elektoratem. Najlepszym dla polityków byłby oczywiście, tak czczony przez wielu związanych bezpośrednio (zbyt!) z politykami ludzi mediów francuski model ładu medialno-politycznego. Jest to najmniej pro-obywatelskie rozwiązanie znane w demokracjach „starej” Europy z dużymi obwarowaniami prawnymi nakładanymi zarówno na media elektroniczne jak i prasę. Nieprzypadkowo to właśnie prezydent Francji, Nicolas Sarkozy jest najbardziej zaciekłym przeciwnikiem wolności słowa w sieci. Francja od dziesięcioleci rządzona jest przez absolwentów słynnej Ecole National D`Administration...czołowi ludzie francuskich mediów „przypadkowo” również są jej absolwentami. „Nasza” Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oczywiście również „przypadkowo” jest dokładną kopią francuskiej instytucji o zbliżonych uprawnieniach. Mam nadzieję, że nie muszę już dodawać dlaczego tak wielu spośród przedstawicieli „naszych elit” medialno-politycznych tak często marzy o wprowadzeniu w Polsce francuskiego modelu ładu medialnego.
„Superak” przydał się do ataku na Piesiewicza, tym bardziej, że jest to mniej lub bardziej pośrednio atak w Platformę Obywatelską. Jednocześnie jednak grozi się mu paluszkiem (nawet biskupim) na zasadzie: „nie przeginajcie, bo my „elity” zrobimy z Wami porządek, wiedzcie kogo macie atakować”. „Superak” w odróżnieniu od innych „opiniotwórczych” gazet nigdy nie był drukarką służb specjalnych (przynajmniej do tej pory). „Areopag” z „Rzeczpospolitej” podobno materiału nie kupił...zamiast tego robi wywiad z Olejniczakiem, który atakuje...Jaruzelskiego. Coś mi tu śmierdzi, moi drodzy, coś tu cuchnie, aż strach pomyśleć co będzie dalej z tą kampanią wyborczą.
"Superak" zrobił, moim zdaniem, to co powinien. A sam Piesiewicz...był zawsze dobrym i sprawnym senatorem z okręgu warszawskiego...gdyby stanął do wyborów oddałbym na niego głos ponownie.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 20243

Wciąż młody, ale coraz starszy...jak mawia niejaki Cezary Michalski "jestem" niewolnikiem, który za dnia łasi się do establishmentu, aby potem w sieci wylewać swoje frustracje, wg. niego to niewolnictwo;)
Nietypowo o polityce, na pewno nie pokolenie J.P II.Zwolennik wolności słowa, aż bólu. Uważam też, że publicystyka to zbyt poważna sprawa, aby zostawić ją publicystom;)

http://benfranklin.bloog.pl/
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: